23 kwi 2013

Wędrowanie – część I

Trudne początki.

Swoją przygodę z górami zacząłem razem z moją partnerkę w zeszłym roku podczas majówki. Przeszliśmy wtedy czarnym szlakiem z Goleszowa na Wielką Czantorię i z powrotem – czyli ponad 30 km. Jedyne co pamiętam z tego wypadu w góry to niekończące się podejście pod Mała Czantorię, kiedy starałem się wejść na szczyt ból mieszał się z mroczkami przed oczyma. Jakimś cudem udało nam się przejść ten odcinek i potem jeszcze wrócić do samochodu zaparkowanego w Goleszowie. Mimo zakwasów i ogólnego bólu całego ciała czułem dumę, że udało mi się pokonać taki odcinek. Później idąc za ciosem zorientowałem się co to GOT jakie są trasy PTTK, jak zdobywa się punkty… Ostatecznie jednak proces rozwijania własnej firmy, skupiania się bardziej na tematach biznesowych, pogrzebał wszystkie plany związane z górami w 2012 roku.

W tym roku nie zamierzam odpuszczać, za żadne skarby, chcę żeby za zdobyciem każdego kolejnego szczytu, stało rozwijanie się w wyprawach górskich, pod kątem sprawnościowym, technicznym, jak również sportowym. Wielu doświadczonych turystów górski powie zapewne, cóż to za „zdobywanie gór” kiedy mówimy o pagórkach wystających ledwo ponad 1000 metrów n.p.m., uznałem że najlepszą taktyką będą małe kroczki i szlifowanie kondycji do ataku na wyższe szczyty.

W tym roku chciałbym zdobyć koronę polskich Beskidów, czyli:

BESKID MAŁY
1. Czupel (933)
2. Łamana Skała (929)
3. Hrobacza Łąka (828)

BESKID ŚLĄSKI
4. Klimczok (1117)
5. Skrzyczne (1257)
6. Wielka Czantoria ( 995)
7. Stożek ( 978)
8. Barania Góra (1220)
9. Równica (884)

BESKID ŻYWIECKI
10. Wielka Racza (1236) – -
11. Bendoszka Wielka (1144) – -
12. Wielka Rycerzowa (1226) – -
13. Romanka (1361) – -
14. Pilsko( 1557) – -
15. Babia Góra (1725) – -

Pierwszy wyjazd w góry zaplanowaliśmy na środę 10 kwietnia. Po uprzednim sprawdzeniu prognoz pogody zapowiadał się ciepły (w porównaniu do dni poprzednich) i w miarę bezchmurny dzień w Ustroniu. Wyposażeni w nieprzemakalne kurtki i dresy(w plecaku) w razie nagłego ochłodzenia ruszyliśmy na spotkanie z górami.

Trasę rozpoczęliśmy w centrum Ustronia przy PKP. Jako że kasy biletowej tam nie znaleźliśmy pieczątkę „na start” podbiła nam Pani ze sklepu, który mieści się w budynku dworca PKP. Nie była zaskoczona naszym pytaniem o pieczątkę i życzyła „udanej wędrówki”, więc zapewne nie byliśmy jedynymi turystami, którzy w tym sklepie postanowili rozpocząć swoją podróż. Od PKP kierowaliśmy się żółtym szlakiem w stronę Jelenicy. W mieście szlaki są oznakowane bardzo dobrze, więc nie mieliśmy problemów z wyjściem z miasta i po niecałej godziny zeszliśmy „z drogi” i za polem namiotowym skręciliśmy w las.

Podejście żółtym szlakiem na Małą Czantorię na szczęście jest przyjemniejsze od szlaku czarnego, więc już po 2 godzinach, bez większych przeszkód udało nam się dotrzeć do szczytu, gdzie zrobiliśmy sobie chwilę na odpoczynek i kilka kawałków czekolady. Ostatnia przyjemna chwila przez bardzo długi odcinek czasu. Przejście z Małej na Dużą Czantorię pamiętałem, z poprzedniego roku, jako „przyjemny spacerek”. W tym roku niestety tak nie było. Śniegu było około 80 cm, co sprawiło, że każdy krok wiązał się z zapadaniem się o jakieś 40 cm, nie pomagało nawet wędrowanie po śladach, których było jak na lekarstwo. Przed nami w tamtym kierunku szły tylko 2 osoby. Kiedy zaczęliśmy podchodzić pod Wielką Czantorię, w końcu natrafiliśmy na tą osobę, która tak bardzo pomogła nam, delikatnie torując ścieżkę, obok jego nogi wiernie wędrował pies, a sam chłopak nie wyglądał w ogóle na zmęczonego. Po wymienieniu uprzejmości dowiedzieliśmy się, że na górze „jest trochę ostrzej”. Pomyślałem tylko „cholera, jak to ostrzej?”. Śniegu było jeszcze więcej i moje nogi zapadały się jeszcze bardziej, w odróżnieniu od Anety, która ważąc połowę tego co ja, niemal bez zapadania się w śniegu (jak tolkienowskie elfy) mogła spokojnie wchodzić pod górę. Kilkaset metrów przed Chatą na Czantorii większe podejścia się skończyły i spokojnie, ale już z bólem łydek mogliśmy dojść do Chaty. Niestety poza sezonem nie serwuje się tam nic ciepłego do zjedzenia, więc zadowoliliśmy się ciepłą herbatką i paczką orzeszków ziemnych. W tym miejscu spokojnie rozłożyliśmy mapę i przygotowaliśmy dalszą część wędrówki. Pierwotnie chcieliśmy podejść jeszcze na Równicę, ale okazało się, że do Ustronia dojechaliśmy dużo po czasie, w którym zakładaliśmy start, dodatkowo warunki były bardziej ekstremalne niż przewidywaliśmy, więc postanowiliśmy dojść do Wielkiej Czantorii, zejść czerwonym szlakiem na Ustroń Polanę i stamtąd wzdłuż rzeki dojść do PKP w Ustroniu. W Chacie na Czantorii dostrzegliśmy też braki w naszym wyposażeniu, mi najbardziej doskwierał brak stuptutów, co w połączeniu z dużo ilością śniegu i dodatnią temperaturą skończyło się mokrymi po kolana spodniami i małym basenem w butach. I tutaj drugi poważniejszy brak podczas naszej wyprawy – buty. Przygotowaliśmy się na wiosenny wypad z butami do kostki – wcześniej zaimpregnowaliśmy je jakimiś magicznymi specyfikami, które dzielnie wytrzymały, aż do Małej Czantorii, niestety już w Chacie na Czantorii mogłem wykręcać skarpetki z wody – trzecia uwaga, na przyszłość przydają się też zapasowe skarpetki.

Zagrzani ciepłą herbatą mogliśmy ruszyć dalej, zdobyliśmy Wielką Czantorię, niestety w tygodniu w kwietniu wieża widokowa była zamknięta, więc nie udało nam się podbić naszej książeczki. Zeszliśmy ze szczytu w stronę wyciągu i Polany Stokłosica, jako że czas już nas tak nie gonił, a przed sobą mieliśmy tylko zejście z Czantorii, zatrzymaliśmy się też w kawiarni przy wyciągu i mogliśmy podziwiać zza jej oszklonych ścian piękne widoki i zachodnie zbocza Równicy i Orłowej. Mieliśmy mały problem, żeby znaleźć wejście na czerwony szlak, żeby zejść z Czantorii, na szczęście ratownik GOPR-u wskazał nam odpowiedni kierunek i za „dzikimi ptakami” skręciliśmy w lewo trafiając na szlak. Mimo dużej ilości śniegu schodziło się dużo lepiej niż wchodziło, uważając na prawie niewidoczne spod śniegu konary udało nam się bezpiecznie dotrzeć do Ustronia Polany. Jako, że było już kilka minut po 17.oo, wszystkie okoliczne sklepy, restauracje, itp. były zamknięte, więc o ostatnią pieczątkę poprosiliśmy lekko zdezorientowanego pracownika stacji, który nie wiedzieć czemu nie mógł powstrzymać się od śmiechu podbijając nasze książeczki. Z Ustronia Plany do centrum było około 3 kilometrów, wiec o godzinie 17.45 spokojnie dotarliśmy do samochodu i ruszyliśmy do domu. W kwietniu nie odpuścimy sobie Równicy, więc niebawem, kolejny raz pojawimy się na szlaku.

31 paź 2012

Czy potrafimy być wdzięczni?

Pełna świadomość i wdzięczność.

 

Jedna kawa, tyle radości.

Na świecie istnieją przeciwieństwa, takie jak dobro i zło, radość i smutek. Ja jestem optymistą z uśmiechem witającym każdy dzień, muszą być więc osoby, które od rana mają skwaszoną minę i wszystko im przeszkadza – to tak zwani pesymiści. Pesymistom zawsze coś przeszkadza. Łóżko może być za twarde, albo za miękkie. Kawa może być za słodka, albo zbyt gorzka. Pogoda może być tylko zła, albo jeszcze gorsza, pada śnieg, świeci słońce, deszcze, wiatr, i tak w kółko. Cały świat sprzymierzył się ,w potajemnym pakcie, przeciwko pesymistom!

Na drugim końcu równoważni są osoby, które nie szukają dziury w całym, starają się dostrzec pozytywy – i właśnie ta niewielka różnica pomnożona przez liczbę poranków, dni i nocy, sprawia ostatecznie, że jedni ludzie są bogaci, a inni biedni. I nie chodzi jedynie o pieniądze. Osoby, które z uśmiechem przyjmują wszystkie sytuacje są bogatsze we wspaniałe znajomości, bogatsze we wspaniałe przeżycia. Co z tego, że pojechałaś na wakacje do cudownych Indii, jeśli przeszkadza tam ci zmiana strefy czasowej, zakorkowane ulice i małpy. Nie uwierzysz, ale główną rzeczą, która różni obie wyżej wymienione grupy ludzi – to moment od razu po przebudzeniu.

Smutni ludzie nie nauczą się być wdzięcznymi, kiedy wstają, mają przed sobą kolejny dzień szarej egzystencji w świecie, który na każdym kroku stara się ich pozbawić wszystkiego. Tego oczekują… I to dostają. Też zdarzają mi się takie dni, gdy coś nie idzie, gdzy jakiś ciekawy projekt nie wypalił… okropny czas. W tych chwilach zawsze szukam wdzięczności. Już kiedy otwieram oczy jestem wdzięczny, ponieważ mogłem je otworzyć, każdy krok jest wdzięcznością. Z wdzięcznością przyjmują uśmiech każdego człowieka w drodze do pracy. Wdzięczność na prawdę pomaga. Nie kieruję jej do konkretnego kogoś… wlewam ją w moje fantastyczne życie, poszerzając formy mojej percepcji. Ty możesz być codziennie wdzięcznym Bogu, za to, że jesteś, że idziesz… to też będzie świetne! Sam znam kilkoro Bogów, każdego traktuję z takim samym szacunkiem. Uważam jedynie, że sytuacja, w której miejsce urodzenia szufladkuje Cię, w jakiejś religii i wierze – jest, co najmniej, dziwne. Wierzę w moc prznikającą wszystkich wierzących, w to, że nie znaleźliśmy się na Ziemi przypadkiem.

Żyj w pełnej świadomości.

No tak, wróćmy jednak do wdzięczności. Jeśli ciężko przychodzi ci zdobycie się na bezprzyczynową wdzięczność, poszerz ją o pełną świadomość. Tekst ten powstaje przy kawie w McDonaldzie. I nie inaczej, jestem wdzięczny, że mogę ją pić, i przekazywać przy tym moje pozytywne wibracje wszystkim czytającym tego bloga. ŚWIADOMOŚĆ świata nas otaczającego, wszystko miało gdzieś swój początek – moja kawa również. Gdzie kawa miała swój początek – nie w ekspresie! Najpierw jakieś ręce zasadziły ziarno, z którego wyrósł kawowiec, na którym zakwitły kwiaty. Kwiaty przerodziły się w owoce, które dojrzewały na świerzym powietrzu w dzień, i w nocy, w dzień, i w nocy. W słońcu, i w deszczu, powoli bez zbędnego pośpiechu, w końcu z owoców można było wyłuskać ziarna potrzebne do zaparzenia kawy – dojrzałe owoce zbierały już inne dłonie. Prażenie, pakowanie, długa droga z rąk do rąk – statkami i ciężarówkami, aż w końcu trafiły do Mc’owego ekspresu. Z każdym łykiem kawy zamykam oczy i wyobrażam sobie cały ten cykl raz jeszcze. Teraz powiedz mi, czy nie mam być za co wdzięczny? Jestem wdzięczny wszystkim ludziom, którzy ciężko pracowali swoimi rękoma, żebym teraz mógł pić „małą białą”. Jestem też wdzięczny słońcu, w świetle którego kawowiec dojrzewał, deszczowi, który podlewał roślinę. Sama spróbój wypić kawę z wdzięcznością i pełną świadomością – nigdy nie zapomnisz smaku tej kawy!

Budząc się w swoim ciepłym łóżku, pomyśl, że przecież nie mogło być lepiej, przed Tobą nowy dzień pełen nowych możliwości. Życie jest piękne!

27 paź 2012

Prawo przyciągania.

Prawo przyciągania w użyciu.

 

Jesteś tym, o czym myślałeś.

Dziś kolejny wpis inspirowany „Prawem Przyciągania”. Już za chwilę poznacie prosty dowód na to, że każdy z nas ma niewykorzystywaną broń… w głowie, którą są nasze myśli. Zapewne wpis ten przeczyta większa ilość sceptyków, więc powiem wam, że nie musicie mi wierzyć, po prostu posłuchajcie do końca tej historii. W sierpniu na zakupach w Auchan’ie dopatrzyłem się na półkach z książkami promocji, w której „poradniki” kosztowały jedyne 5,99. I nie były to wypociny jakichś pseudo-autorów, ale faktycznie ciekawe pozycje znanych zagranicznych pisarzy, np. Joe Vitale, Richarda Bandlera, itd. Zakupy skończyły się tym, że wydałem 80 złotych na kilkanaście nowych książek, powiększając tym samym stosy makulatury na moich półkach.

Kiedy tylko znalazłem wolną chwilę, wziąłem się za przetwarzanie danych. Pierwasza na celowniku znalazła się książka „Hipnotyczny Marketing” J. Vitale. Autor opisuje w niej różne sposoby na uzyskanie rozgłosu (potrzebnego firmie), poprzez wykorzystanie mediów. Część ta ciekawa jest o tyle, ponieważ pokazuje, że rozgłos można uzyskać nie tylko poprzez korzystanie z płatnych reklam na czasie antenowym. Kolejne części poświęcone są tworzeniu hipnotycznych tekstów na strony www, do e-maili, itp. – bardzo ciekawa książka. Skupmy się jednak na jej pierwszej części. Nie można, nie przyznać autorowi racji, że poprzez udzielania wywiadów, pojawianie się w gazetach, telewizji i radiu, firma może zyskać ogromny rozgłos. Najbardziej interesujące jest to, że ta forma reklamy może być zupełnie darmowa. Czytając kolejne podrozdziały, w mojej głowie pojawiła się myśl: „No to trzeba wystąpić przynajmniej w radiu.” Nie zastanawiałem się nad tym dalej, czytałem kolejne rozdziały książki. Dzień wcześniej napisałem e-maila do Kamila Cebulskiego (kamilcebulski.pl) z gratulacjami za świetnie rozwijany biznes oraz realizownie pomysłu budowy przedszkola w Afryce, poprzez jego szkołę – ASBIRO. (Każdy może wspomóc to przedsięwzięcie, wystarczy przelać dowolną kwotę na konto podane na stronie TEJ) Znając fascynację Kamila różnymi kruczkami prawno-podatkowymi w polskich przepisach, wspomniałem mu, że prowadzę działalność opartą o „występy artystyczne”, dzięki czemu mogę wystawiać faktury ze zwolnionym VATem, oszczędzając tym samym 23% przychodów. Wiecie jaką dostałem odpowiedź? Było to wieczorem, kiedy kończyłem czytać książkę Joe Vitale.

„Hej,
Ta ciekawostka z VATem naprawdę genialna, dzięki. Będę dalej badał sprawę.
Masz super zajęcie. Muszę cię zaprosić do mojej audycji, abyś więcej o tym opowiedział.
Co powiesz na 9 października? (…)”

Życie czeka…

Dobrze, że nie widzieliście wtedy mojej miny. Czytając tego e-maila miałem jeszcze „Hipnotyczny Marketing” na kolanach! Wypada mi powiedzieć, że przecież to normalne. Chciałem audycji, więc ją dostałem, „dżin” miał chyba w tym czasie mało zleceń, wiec zajął się moim. Audycja, nie inaczej, odbyła się 9 października na falach kontestacja.com, jeśli macie wolne 60 minut – możecie jej wysłuchać pod TYM LINKIEM.

I wiecie co? Życie jest na prawdę piękne!

A dla sceptyków – tak to był tylko przypadek!

26 paź 2012

Moje życie, moja wolność.

 

Cele bliższe i dalsze.

 

 

Ferrari California

Jakiś czas temu zasłyszałem w sieci, że ludzi możemy podzielić na 2 grupy: nocne sowy i ranne skowronki. Dalej idąc za tą myślą autor udowadniał, że bycie sową jest do dupy, ponieważ traci się część dnia, jest się niewyspanym, zaspanym, itd. Chciałbym stanowczo zaprzeczyć takim osądom, ponieważ na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że nie wiem, czy znajdzie się dla mnie bardziej odpowiedni czas, na pisanie bloga, od godziny 3.oo nad ranem. Wtedy mój umysł pracuje na podwójnych obrotach. Trwa to mniej więcej w godzinach od 24.oo do 6.oo i może się to wydać absurdalne, że potem śpię do 13.oo, ale przecież dla tego, między innymi, otworzyłem własną firmę.

Robię jesienne porządki związane z wszystkimi moimi rozpoczętymi projektami i pomysłami, poczynając od spiskowych teorii dziejów, poprzez UFO, a kończą na matematycznych wzorach współczynnika zapierdalania do opierdalania się – kiedyś zresztą wyniki te opublikuję w jakimś poczytnym naukowym periodyku. Mój główny cel życiowy wyznaczyłem sobie już prawie rok temu, póki co wszystko idzie we właściwym kierunku, a celem jest Afryka i stan błogiej wolności finansowej. Okres realizacji celu jest rozciągnięty na 20 lat, co sprawia, że czasem cel się rozmazuje, czasem o celu zapominam, i wtedy ledwo co egzystuję. Wpadłem na pomysł, że ustalę sobie jeszcze jeden cel, szybszy w realizacji i z terminem na za 7 lat, czyli na Sylwestra 2020 roku – ładna data. Będę wtedy już 30-latkiem, kolejna psychologiczna bariera zostanie przekroczona, a po niej tylko kryzys wieku średniego i w piasek – po drodze narzekanie na upierdliwe państwo, polityków przy korycie, wysokie podatki i niskie emerytury. Jednak nie to gra mi w głowie. Uwaga, uwaga, w waszych głośnikach powinna teraz lecieć przeszywająca melodia z filmu „Szczęki”, ponieważ już za chwilę poznace szalony cel, szalonego człowieka. Z założenia cel ten ma być nierealistyczny, w tym momencie, aczkolwiek do zrealizowania (jak wszystko!). Siedząc w fotelu, w końcu wymyśliłem coś, czego sobie gorąco życzę. W wieku 30 lata, chcę mieć wystarczającą ilość gotówki (ewentualnie w aktywach), żeby móc kupić sobie nowe Ferrari California. Naturalnie już wtedy będzie jakiś nowszy model z 2020 roku, ale chodzi o Ferrari prosto z salonu – cena równo 1.000.000 PLN.

Ferrari California

Spokojnie, jeszcze mi nie odbiło, plan jest taki, żeby w Ferrari przejechać się chociaż raz – ponoć w Katowicach otwierają salon Ferrari, więc wystarczy mi jazda próbna. W nagrodę osiągnięcia celu, zasponsoruję sam sobie jakieś nieekologiczne, mało użyteczne, szybkie i piękne kabrio (BMW albo Mercedesa), tak do 50.000 PLN – niekoniecznie z salonu. Mam nadzieję, że w kilka miesięcy przed zakupem pomożecie mi wybrać odpowiedni model. Mam więc 7 lat na stanie się milionerem, chodzi mi oczywiście o realną wartość aktywów (pomniejszoną o kredyty, które będą się jeszcze spłacały), bo przecież nie sztuką jest wziąć milion na kredyt i kupić sobie auto, sztuką jest ten milion zarobić… albo sprytnie ukraść. Oczywiście milionerem jestem już dziś, przecież mam dobrze rozwijającą się firmę usługową, a prawo przyciągania pomaga mi z każdej strony, jednak zgromadzenie milionowego kapitału będzie milowym krokiem w realizacji dalszych planów.

I żeby było jasne. Zaczynałem w lutym tego roku od 200 PLN na nowo otwartym koncie firmowym, bez znajomości, bez pleców, ale z ideami i celem. Celem, który w tym momencie widzę bardzo wyraźnie, niemal go dotykam – pozostaje mi tylko czekać kiedy „dżin” wypowie odpowiednie zaklęcie.

08 lip 2012

Prawo Przyciągania


Prawo przyciągania w użyciu.

Na pewno słyszeliście o prawie przyciągania, jeśli nie to radzę nadrobić zaległości. Jest jeszcze inna możliwość, że słyszeliście o prawie przyciągania (dalej. „PP”), ale uznaliście to za kolejną bzdurę rodem z seriali science-fiction. Moje doświadczenia są zdecydowanie odmienne. Reguły jakie działają przy PP są bardzo proste – najlepiej opisuje je książka „Sekret” – dlaczego ta? Większość pozostałych książek o PP powstało po „Sekrecie” i traktują o tym samym w innych słowach, albo skupiają się na poszczególnych rozdziałach i bardziej je rozwijają. „Sekret” oczywiście nie jest doskonały, ma na sobie piętno komercyjnego Babilonu, pewnie w innym wypadku, w ogóle byśmy o nim nie usłyszeli – poziom jest jednak akceptowalny. Dokładnie o PP może innym razem, dla mnie najważniejsze jest, że prawo przyciągania działa.

W skrócie w PP chodzi o to, że Wszechświat daje ci wszystko co chcesz dostać, jeśli w to wierzysz. Banalne prawda – dlaczego więc ludzie tego nie stosują w życiu.  Osobiście lubię w myślach powtarzać cytaty, które ułatwiają mi życie. Nie pamiętam już, w której książce znalazłem ten cytat, ale stosuję go od roku i dziś widzę efekty. Już Ci mówię jak brzmi ten cytat:

„Pieniądze przychodzą łatwo, często i w dużych ilościach!”

Jeśli po przeczytaniu tych słów, w Twojej głowie zapaliła się czerwona lamka. – ale pierdolisz, na pieniądze trzeba zapierdalać ciężką harówą! – to Ci coś powiem. Sam chcesz zapierdalać… W końcu cały czas to sobie wmawiasz, więc nie może być inaczej – od Wszechświata dostajesz pieniądze za ciężkie zapierdalanie. A ja? Widzisz uważam, że pieniądze przychodzą łatwo, często i w dużych ilościach, więc w tym momencie, pisząc ten tekst zarabiam 150 złotych –  siedzę w kawiarni „Chopin” w Tychach, popijam Cafe Frappe, życie jest piękne. Taki mamy system, ludziom wmawia się, że muszą ciężko pracować, żeby zarobić na utrzymanie się i swojej rodziny, co my obywatele Świata oczywiście przyjmujemy za zło konieczne. Może dodam jeszcze, że w kawiarni nie robiłem absolutnie nic poza delektowaniem się kawą – nic nie sprzedawałem, żadnej akwizycji, rekrutacji, czy tym podobnego wciskania ludziom marzeń o szklanych domach.

Po prostu wierzę w słowa z cytatu. Wiem, że mogę mieć każdą sumę jaką bym potrzebował – dziś jest to 150 złotych, za tydzień kilka tysięcy, nie da się? DA SIĘ! Piszę to po to, żebyście mogli spojrzeć na to, jak na żywy przykład PP w działaniu. Mam jeszcze kilka podobnych historii, ale przecież muszę zostawić sobie coś na kolejne wpisy.

Na koniec kilka zdjęć mojego autorstwa z Tych właśnie – w każdym mieście można znaleźć jakieś piękne miejsca.

Jana Pawła II

Miasto Tychy - Jana Pawła II

„Twój umysł jest architektem twojego ciała, a twoje ciało jest odzwierciedleniem twoich myśli.”

- Andrew Matthews

07 lip 2012

Zaczynamy od początku

Mam nadzieję, że nie zapomnieliście o moim blogu i… o mnie.

Moja niebytność na blogu wynikała z wielu złożonych powodów i niestety… tego małego lenia, który jeszcze – cały czas, gdzieś schowany, kryje się wewnątrz.

Na szczęście wykonałem też kilka ciekawych i angażujących mnie projektów, których część się zakończyła, część trwa dalej. Na przestrzeni styczeń – czerwiec, najważniejszym wydarzeniem było otwarcie działalności gospodarczej. Stało się to w połowie lutego – w dużej mierze to oderwało mnie od bloga i nie pozwalało wrócić, wszystkie papierki, ogarnięcie spraw związanych z podatkami, kosztami itp. Na szczęście złapałem już odpowiednie flow, żeby wszystko związane z DG robić w tle. Mam nadzieję, że od dziś będę miał szansę pokazania, że marzenia – przy odpowiednim wkładzie własnym – się spełniają.

W wersji beta bloga więcej będę pisał „o sobie” tzn. o tym co robie, co chce robić, z kim robie i po co. Dzięki temu będę miał większą chęć do działania. Cały czas pracuję nad sobą, ponieważ są ludzie, którzy codziennie udowadniają mi, że można. Mimo że nie znam ich osobiście wiele im zawdzięczam. Mają podejście do życia, które współgra z moją karmą i genialnie czyta się ich kolejne wpisy na blogach i… książki.

zyciejestpiekne.eu – Michał Maj

alexba.eu – Alex Barszczewski

bartekpopiel.pl – Bartek Popiel

fridomia.pl – Sławek Muturi

Raz w tygodniu zaglądam na te kilka blogów i z ciekawością czytam wszystkie nowości.

Usiądz wygodnie w fotelu, odpręż się, zapnij pasy… I jedziemy.

I oczywiście na koniec cytat, dziś Mikołaja Reja, mimo że ma blisko 500 lat, nadal bardzo aktualny.

„Małe złodziejaszki wieszacie, wielkim – nisko się kłaniacie.”

 

17 sty 2012

Obsługa minimalizmu.

Minimalizm kontra biznes.

Wiesz jaki mam stosunek do książek, przez to nigdy nie będę mógł powiedzieć o sobie – „przykładny minimalista”. Dziś na celownik biorę kolejną sprawę, którą trudno mi pominąć. Chodzi mianowicie o biznes. Jeśli myślisz o wolności finansowej i osobistej, ciężko będzie osiągnąć to jedynie pracą na etacie. Sam również działam w swoim małym biznesie, który wymaga ode mnie zgromadzenia sporej ilości „niepotrzebnych” przedmiotów. Wpadłem na to, kiedy pisałem wpis o książkach. Bo faktycznie mam tyle gratów, że cześć rzeczy musiałem schować do magazynu, ponieważ nie mam już na to wszystko miejsca w pokoju. Zresztą po co mi nagłośnienie o mocy 300 Wat, zamek dmuchany do skakania i tym podobne rzeczy w pokoju. Są to jednak MOJE graty, bez których mój biznes nie mógłby funkcjonować.

Zastanawiam się jak podchodzą do tego inni minimaliści, może nie mają swoich firm, a pracują głównie na etatach w dużych korporacjach. Może firmowych rzeczy nie „wliczają” do posiadanych przez siebie przedmiotów. Skłonny jestem się przychylić do pierwszego przykładu, ponieważ na jednym z „minimalistycznych blogów” natrafiłem na post odnośnie samochodu. Jest tam opisane, że może faktycznie lepiej nie mieć samochodu, a do pracy dojeżdżać rowerem. Pisząca to osoba pewnie mieszka gdzieś w centrum miasta, a do pracy ma max kilka kilometrów. Nawet jeśli tak, zastanawiam się jak można tak funkcjonować, jeśli np. chce się odwiedzić rodzinę albo znajomych, mieszkających dalej. Jedziesz pociągiem 5x dłużej niż samochodem, potem bierzesz spod dworca taksówkę i do znajomych? W ogóle nie widzę tego, szanuje swój czas, więc samochód zacząłem uważać za jedną niezbędnych rzeczy. No i do pracy raczej nie mógłbym dojeżdżać rowerem, bo trasy Śląsk – Warszawa, Warszawa – Śląsk raczej w jeden dzień bym nie pokonał.

Tak więc, widocznie będę musiał podzielić posiadane przeze mnie przedmioty na osobiste, do pracy, itp. Być może mieliście podobny problem i jakoś inaczej go rozwiązaliście? Każdy pomysł będzie na wagę złota, zapraszam do dyskusji w komentarzach. A właśnie, jeśli czytasz mojego bloga, będzie mi miło, jeśli zostawisz po sobie jakiś komentarz, będę miał większą motywację, żeby pisać dalej. Póki co widzę, że piszę tylko dla siebie, też ma to swój urok.

Tak więc po książkach, mój biznes wyklucza mnie z grona szanownych minimalistów. Jednak bardzo podoba mi się ta idea, więc dziś i jutro będę robił przegląd i selekcję wszystkich swoich rzeczy. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

„Najcenniejszych rzeczy w życiu nie nabywa się za pieniądze.”

- Albert Einstein

16 sty 2012

O oszczędzaniu słów kilka.

Oszczędzaj jak średniowieczni magnaci.

Tytuł tego artykułu brzmi kusząco, prawda? O tym jak „oszczędzali” książęta i królowie w średniowieczu dowiesz się nie tylko z naukowych opracowań tematu, ale również z bajek i opowiadań dla dzieci. Każdy mądry król zawsze gromadził w skarbcu więcej złota, niż go wydawał. Bardzo prosta metoda mogła doprowadzić do wzrostu zamożności kraju, którego król był przedsiębiorczy i nie musiał nakładać coraz większych podatków na swoich poddanych. Czytając takie historie łapie się za głowę i powtarzam w myślach „historia lubi się powtarzać”. Niestety obecnie w Polsce nie ma ani mądrego króla, ani mądrych doradców królewskich, więc nasze Państwo bogate nie będzie. Przecież wolimy kłócić się o to, czy recepty powinny być takie, czy inne. Tracą aptekarze, lekarze i pacjenci, król się cieszy, bo zajął głowy swoich poddanych niepotrzebnymi problemami i może skupić się na degustowaniu życia w zaciszu swoich komnat pałacowych.

Przepraszam za małą dygresję. Wracam do tematu, oczywiście chodzi mi o oszczędzanie lokowane w surowcach. Podobnie jak każda inna forma oszczędzania ma swoje plusy i minusy, możemy to także robić na kilka sposobów.

Jednym z popularniejszych sposobów oszczędzania w surowce, jest lokowanie swoich pieniędzy w fundusze inwestycyjne. Kupując jednak jednostki danego funduszu zwróć uwagę na to, gdzie fundusz inwestuje twoje pieniądze. Najczęściej fundusze nie kupują bezpośrednio surowców, większość funduszy 90% swojego kapitału inwestuje w firmy związane mniej lub więcej z wydobywaniem surowców – więc są to w zasadzie fundusze akcji, a nie surowców. Jakie są tego konsekwencje? Czynnikiem ważniejszym od kursu danego surowca są notowania poszczególnych spółek, a więc podczas giełdowych spadków, twoje pieniądze nie są do końca bezpieczne. Plusem takiego rozwiązanie jest płynność twoich aktywów, jeżeli uznasz, że zysk cię satysfakcjonuje, składasz dyspozycję sprzedaży i po kilku dniach pieniądze masz na koncie.

Innym ze sposobów oszczędzania jest kupowanie „żywego kruszcu”, czyli zakup bezpośrednio złota, srebra, platyny, itp. W brew pozorom nie jest to takie trudne. Wystarczy w Internecie znaleźć interesującą nas ofertę, zakupić surowiec i już jest nasz.

Na co warto zwrócić uwagę?
Przede wszystkim cena całkowita. Jako że inwestuję w monety srebrne posłużę się tematem, który jest mi bliski. Cena całkowita to koszt monety + wysyłka. Możemy dziś znaleźć okazje – moneta lokacyjna 1 Oz. Za 120 PLN, ale okazuje się potem, że koszt przesyłki „niby ubezpieczonej” wynosi 35 złotych. W rezultacie za monetę płacimy 155 złotych, co już taką wspaniałą okazją nie jest.

Teraz rynkowa wartość srebra to ~ 104,60 PLN, sprawdzałem dziś ceny srebrnych monet – najtańszą jaką znalazłem to „Srebrny Wiedeński Filharmonik” w sklepie denarius.pl. Moneta kosztuje 135 złotych, a koszt wysyłki Pocztą Polską (przesyłka ubezpieczona) – 6 złotych. Co daje nam całkowity koszt inwestycji 141 złotych. Dodam tylko, że cena srebra jest prawie połowę niższa od szczytu wyceny srebra, który przypadał na marzec 2011 – srebro kosztowało wtedy ~ 169,30 PLN.

Notowania srebra dokonywane są w dolarach, w Polsce więc na cenę srebra składają się kurs srebra plus kurs dolara, co przy mocnym dolarze jest dla nas niekorzystne.

Cena monety różni się od wartości rynkowej, ponieważ musimy dodać koszty mennicze, pośredników, itp. Rynek robi swoje, chyba, że posiadamy własną kopalnię srebra. Srebro nie jest oczywiście jedynym surowce, ale jako że sam w ten sposób lokuję część pieniędzy, po prostu “czuję” ten temat.

“Kto nie ma srebra ani miedzi, płaci tym, na czym siedzi.”

- Anonim

15 sty 2012

Historia odległa.

Codex Buranus 177 – „Stetit Puella”

Poza pozytywnym myśleniem, tysiącem pomysłów w głowie, szukaniem szans biznesowych… Mam jedno wspaniałe hobby. Jest nim rekonstrukcja historyczna, rekreacja historyczna, odtwórstwo – jedna rzecz, wiele nazw. Długo by o tym wszystkim pisać, niemniej uznałem, że moja „pierwsza miłość” zasługuje na wzmiankę na tym blogu. Tym bardziej, że obecnie w wirze pracy nie mam czasu się nią zając, nad czym wielce boleje. Jeszcze na pewno wrócę do tego tematu, dziś chciałbym wam zaprezentować poezję wieków średnich (w moim przekładzie).

Już dziś macie niepowtarzalną okazję zapoznania się z moją transkrypcją i tłumaczeniem części Codex’u Buranus, część ta skrócona i zinterpretowana nieco inaczej weszła w skład Carmina Burana – dzieła niemieckiego kompozytora Carla Orfa (1895-1982), mowa o „Stetit Puella”.

Na początek może jednak podam kilka informacji o Codex Buranus, który powstał przed 1250 rokiem, prawdopodobnie około 1230. Jest to zbiór 320 wierszy o różnej tematyce, które zostały podzielone na 4 części:

I. Carmina Moralia – teksty moralistyczne i satyrystyczne.
II. Carmina veris et amoris – teksty chwalące wiosnę i miłość.
III. Carmina lusorum et potatorum – teksty o uciechach i zabawach.
IV. Carmina divina – poezja religijna

Kodeks ten został znaleziony w bawarskim klasztorze w Benediktbeuern w 1803 roku. Tak pokrótce prezentuje się to bardzo ciekawe źródło, ponieważ jak za chwilę się przekonamy, nie pisano tylko o tym jaki Bóg jest dobry, i że należy czynić dobrze.

„Stetit Puella” jest 177 wierszem w Codex Buranus, obok średniowiecznej łaciny w trzeciej zwrotce pojawiają się wtrącenia z języka Mittelhochdeutsch (średnio-wysoko-niemieckiego). Nie spotkałem się z słownikiem Mittelhochdeutsch – polski, polski – Mittelhochdeutsch, więc z Mittelhochdeutsch słowa tłumaczyłem na język niemiecki, a następnie na polski. Wiersz opowiada o pięknej, rudowłosej dziewczynie, która czekała na wielką miłość, jednak czy ją znalazła…

Tekst oryginalny:



Transkrypcja:

STETIT. Puella rufa tunica si quis eam tetigit Item.
tunica crepuit eia. Stetit puella tamquam rosula
facie splenduit et os eius floruit eia. Stetit puella bi einem
bovme scripsit amorem an eime lovbe: dar chom uenus also fram
caritate magnam hohe minne bot si ir manne. De codem.

„Stetit puella”

Stetit puella rufa,
tunica si quis eam tetigit
tunica crepuit,
eia!

Stetit puella,
tamquam rosula,
facie splenduit,
et os eius floruit,
eia!

Stetit puella bi einem boume,
scripsit amorem an eime loube,
dar chom uenus also fram,
caritate magnam,
hohe minne.
bot si ir manne.

 

Tłumaczenie:

„Stała dziewczyna”

Stała dziewczyna rudowłosa,
jeśli ktoś sukni jej dotknął,
ta delikatnie szeleściła,
ahh!

Stała dziewczyna,
niczym różyczka,
o jaśniejącej twarzy,
i usta jej błyszczały,
ahh!

Stała w swej sukni dziewczyna,
pod jakąś altanką o miłości pisała,
wnet dzielna Wenus się zjawiła,
z miłosierdzia wielkiego sprawiła,
że miłością dworską,
obdarzył ją mężczyzna.

(przekład Łukasz Harazim)

„Studiowanie historii przygotowuje raczej do rozumienia teraźniejszości, niż do uciekania od niej w zamierzchłą przeszłość.”

- Elizabeth Kostova

14 sty 2012

Sukces zależy od Ciebie.

Uważaj na pomysły.

Niedawno pisałem o możliwościach jakie niesie za sobą odpowiednie wykorzystanie nadświadomości. Dzisiaj napiszę o tym, że jest to bardzo mocna broń, ale podobnie jak każdą inną – można wyrządzić nią sobie szkodę. Jeśli opanujesz już dostrzeganie pomysłów wszędzie i ich notowanie, pamiętaj, że zastanawiając się nad kolejnymi pomysłami, które wpadają ci do głowy nie poruszasz się do przodu, a stoisz w miejscu. Kluczem do odniesienia sukcesu jest produktywne działanie! Spędzając całe godziny na myśleniu o kolejnych nowych pomysłach sprawia, że tracisz cenny czas i ktoś właśnie wyprzedza Cię bez migacza.

Jeśli wybrałeś jakiś pomysł, który w tym momencie wydaje ci się najbardziej realny poświęcaj się mu bez reszty, niech pomysł rozkwita i dojrzewa. Być może już w pierwszym miesiącu przyniesie Ci jakieś zyski. „Być może przyniesie mi jakieś zyski? Ja chcę zarabiać wielką kasę, a nie rozmieniać się na drobne!” Wspaniale, zainwestuj więc kilka milionów złotych w jakąś dobrze rozwijającą się firmę i zarabiaj z tej inwestycji kokosy, albo zacznij te kokosy sprowadzać i sprzedawać na polskim rynku. Nie masz kilku milionów złotych? Powinieneś zejść na ziemię. Najwięksi milionerzy dzisiejszych czasów zaczynali od pracy po godzinach w swoich garażach, byli gotowi pracować za darmo, ponieważ wiedzieli, że w przyszłości będą z tej pracy zrywać owoce sukcesu. Nie ma jeszcze magicznej różdżki, która zmieniłaby Cię w milionera, musisz sam ją wymyślić – to daje najwięcej frajdy.

Tak więc po kilku miesiącach pracy zobacz jak wygląda sprawa kosztów i zysków, czy są możliwości rozwoju twojego biznesu, czy może jest to okazja do otrzymania dofinansowania od różnych podmiotów. Jeśli uznasz, że pomysł był chybiony zawieś projekt, zajrzyj do swojego kajecika, przeanalizuj kolejny pomysł i znów działaj. Statystycznie 80% firm upada w pierwszych 2 latach swojej działalności, popełniając po drodze wiele błędów, przygotuj się – na 10 twoich pomysłów 8 okaże się pudłem. Pamiętaj jednak, że pozostałe 2 mogą przynieść Ci wspaniałe dochody. Statystyka jest nieubłagana, ale Ty znając wyniki, już wiesz, że pierwsza ewentualna pierwsza porażka NIC nie znaczy!

Staraj się dyskutować o każdym pomyśle, który chcesz realizować, ze swoimi zaufanymi przyjaciółmi. Zaufanymi przyjaciółmi, nie pierwszą lepszą osobą, z którą „masz kontakt”. Powiedz im, jakie kierują Tobą pobudki, że chcesz się rozwijać i poproś, żeby krytycznym okiem spojrzeli na Twój pomysł. Często te opinie działają jak zimna woda, ale dopiero wtedy zaczynasz dostrzegać minusy i rysy na Twoim pomyśle. Zapisz wszystkie uwagi i postaraj się znaleźć rozwiązanie każdego problemu, który zauważyli znajomi. Dzięki takiemu działaniu, będziesz mógł bardziej krytycznie podejść to swoich pomysłów, a także lepiej przygotować się do ich realizacji.

„Nie ma na świecie nic równie potężnego jak pomysł, którego czas właśnie nadszedł”

-Victor Hugo